Powierzano mu zawsze najbardziej wymagające misje. Choć jego kariera mocno związana była z kawalerią, dowodził różnym jednostkami, w tym… korpusem narciarskim. Niczym strażak, wysyłany był zawsze, by ratować sytuację na zagrożonych odcinkach frontów.  W czasie swej wojskowej kariery, mianowany został również adiutantem samego cesarza Wilhelma II. Mowa tu oczywiście o Georgu von der Marwitz – urodzonym w Słupsku świadku największych bitew I wojny światowej.

 

Georg von der Marwitz urodził się w 1856 r. w Stolp im Pommern. Jako członek szlacheckiego rodu cieszącego, się tradycjami militarnymi, swoją przyszłą karierę związał z wojskiem, do którego wstąpił w 1875 r. Po ukończeniu akademii wojskowej otrzymał on przydział, jako komendant, do korpusu kawalerii w 1900 r. Zaledwie po 5 latach, mianowany został szefem sztabu XVIII Korpusu. W 1912 r. powierzono mu stanowisko głównego inspektora niemieckiej kawalerii, które piastował aż do wybuchu I wojny światowej.

„Wielka wojna” nie zaczęła się dla słupskiego generała zbyt fortunnie. Podległe mu dywizje kawalerii uległy wojskom belgijskim w bitwie pod Haelen – pierwszym starciu kawaleryjskim tej wojny – 12 sierpnia 1914 r. Gorycz porażki była tym większa, iż była to jedna z nielicznych klęsk Cesarstwa na tym etapie wojny. Mimo strategicznego zwycięstwa Belgów, nie utrudniło to jednak opanowania Belgii przez wojska Wilhelma II. Nie mniej jednak, klęska ta uwydatniła wady stosowania tego rodzaju wojsk na nowoczesnym polu walki. Z tego względu, podległe von der Marwitzowi oddziały zaczęto wykorzystywać do zadań osłonowych po klęsce Niemiec w czasie I bitwy nad Marną. Realia wojny pozycyjnej, które rysowały się coraz wyraźniej wraz z zatrzymaniem impetu uderzenia wojsk cesarskich, doprowadziły do rozwiązania przez niemieckie dowództwo korpusów podległych, urodzonemu w Słupsku, dowódcy.  Talent von der Marwitza planowano wykorzystać jednak na froncie wschodnim, gdzie warunki do operowania grup konnych były o wiele bardziej korzystne. W tym celu sformowano XXXVIII Korpus Rezerwowy, powierzając mu dowództwo nad nową jednostką.

Swoje zdolności von der Marwitz udowodnił w czasie II bitwy nad Jeziorami Mazurskimi wczesną zimą 1915 r. Natarcie poprowadzone z zaskoczenia, w silnej zamieci śnieżnej, doprowadziło do okrążenia i rozbicia rosyjskich wojsk. To wówczas otrzymał on – jako jeden z dwóch dowódców w historii Słupska – najwyższe pruskie odznaczenie wojskowe – Pour le Merite. To jednak nie był koniec jego działalności na froncie wschodnim. Stale słabnące Austro-Węgry potrzebowały wsparcia na południowym odcinku linii walk, gdzie habsburska armia toczyła zacięte boje z Rosjanami w Karpatach. Georg został tam wysłany na czele specjalnie uformowanego korpusu narciarskiego – „Beskidenkorps”. Oddział ten brał udział w zdobywaniu Lwowa, za co von der Marwitz otrzymał liście dębu do swego Pour le Merite.

Od lipca do listopada Marwitz przebywał na rekonwalescencji po przebytej chorobie i dopiero jesienią 1915 r. został powołany na stanowisko komendanta VI Korpusu Armii na froncie zachodnim. Powierzony mu odcinek obrony był spokojny sektorem, więc gdy w czerwcu 1916 r. ofensywa Brusiłowa zagroziła trwałości frontu wschodniego, oddział słupszczanina został niezwłocznie przerzucony na wschód. Jego celem miało być wsparcie dramatycznie osłabionych oddziałów C.K Armii i zatrzymanie rosyjskiego natarcia. Fakt, iż korpus Georga von der Marwitza został przerzucony na drugi front, uchronił jego podkomendnych od udziału w walkach nad Sommą – najkrwawszej bitwie I wojny światowej, w czasie której trwania zginęło ponad milion żołnierzy.

Po zatrzymaniu nacierających Rosjan, 6 października Georg został mianowany adiutantem samego cesarza – Wilhelma II, a następnie powrócił na front zachodni, by objąć dowództwo nad II. Armią. Po krótkim okresie walk pozycyjnych, wraz ze swymi żołnierzami, wziął on udział w operacji „Alberich” mającej na celu wycofanie sił niemieckich z zapalnych rejonów Sommy i Oise na linię Hindenburga – starannie przygotowany i rozbudowany pas umocnień, skracający front niemiecki i tym samym umożliwiający przerzucenie części oddziałów w inne rejony walk. Już 20 listopada 1917 r. pozycje te zostały wystawione na próbę. Do walk doszło pod Cambrai – w rejonie obsadzanym przez II Armię von der Marwitza. Alianci zastosowali wówczas po raz pierwszy czołgi na tak dużą skalę. Spowodowało to duże zamieszanie w szeregach Niemców i pozwoliło przełamać ich obronę. Dzięki opanowaniu słupszczanina i odpowiedniemu przygotowaniu taktycznemu, udało się jednak zatrzymać postępujące wojska brytyjskie. Co więcej, w krótkim czasie opracowano plan kontrataku, który rozpoczął się 30 listopada 1917 r. Dzięki zastosowaniu taktyki infiltracji, polegającej na operowaniu dobrze uzbrojonych grup szturmowych, Niemcy zdołali zneutralizować wiele alianckich maszyn i odzyskać utracone wcześniej pozycje.

Państwa Centralne coraz mocniej odczuwały wówczas ciężar wojennej pożogi. W swych pamiętnikach Georg wspominał, iż dezercja była największą plagą niemieckich oddziałów, a żołnierze zaczęli się buntować. Kłopotliwe były również chroniczne braki w zaopatrzeniu i aprowizacji. Wszystko to skutkowało niskim morale podkomendnych von der Marwitza.

Wiosną 1918 r., z inspiracji gen. Ericha Ludendorffa, rozpoczęto wielką ofensywę, nazwaną „Kaiserschlacht”. Zakładała ona rozbicie sił alianckich we Flandrii i okrążenie od północy Paryża. Jego zajęcie miało zmusić Francję do kapitulacji, zanim oddziały amerykańskie uzyskają pełną gotowość bojową.  II Armia Marwitza odgrywała w tym planie istotną rolę – miała ona bowiem zabezpieczyć kluczowe węzły kolejowe wokół Amiens. Niskie morale, braki w zaopatrzeniu oraz rozciągnięcie linii zaopatrzenia uniemożliwiły jednak wykorzystanie taktycznego sukcesu cesarskiej armii. Gen. Ludendorff zmuszony był odwołać ofensywę ze względu na przytłaczającą przewagę wojsk ententy. Rozpoczęto wówczas prace na stworzeniem nowej, trwałej linii frontu.

8 sierpnia 1918 r. alianci rozpoczęli zmasowany atak na niemieckie pozycje w rejonie Amiens. Była to bitwa rozpoczynająca „ofensywę 100 dni”. Wybór nie był przypadkowy. Stacjonująca tam II. Armia Georga von der Marwitza była nadwyrężona ciągłymi walkami z Australijczykami. Skoncentrowane uderzenie Sprzymierzonych przełamało linię obrony i w konsekwencji załamało trwałość całego frontu. Ogrom klęski poniesionej przez podkomendnych von der Marwitza był tak duży, iż gen. Erich Ludendorff nazwał 8 sierpnia – „czarnym dniem armii niemieckiej”. To był początek końca oporu Niemców w czasie tej wojny. Niedługo później Georg poniósł kolejną porażkę z rąk aliantów pod Bapaume. Niebagatelną rolę, po raz kolejny, odegrały tu czołgi, które z łatwością przełamywały poszczególne umocnienia i fortyfikacje polowe. W związku z tym, niemieckie dowództwo zaplanowało odwrót w kierunku linii Hindenburga. Jednak kolejna porażka – pod Cambrai w październiku 1918 r. – doprowadziła do przełamania głównych umocnień niemieckich na zachodzie. W tym momencie oczywistym stało się, iż Niemcy nie są w stanie wygrać tej wojny.

Sam von der Marwitz, po swej trzeciej porażce, przeniesiony został na stanowisko dowódcy V. Armii należącej do Grupy Armii Gallwitz operującej w rejonie Verdun. Tym samym zmuszony został do odpierania ofensywy Muese-Argonne, rozpoczętej przez połączone siły amerykańsko – francuskiej. W zapiskach utrwalono liczne przemówienia słupszczanina skierowane do nowych podkomendnych, w których wzywał ich do poświęcenia, odwagi i determinacji. Miało to podnieść, i tak już będące w fatalnym stanie, morale. Georg piastował to stanowisko aż do podpisania zawieszenia broni. W obliczu klęski i zakończenia działań wojennych, w grudniu 1918 r. Georg von der Marwitz przeszedł na emeryturę. Zamieszkał wówczas w Unichowie, gdzie zmarł na zawał zawał serca w 1929 r.

Georg von der Marwitz był jednym z najskuteczniejszych dowódców niemieckich sił zbrojnych w czasie całej I wojny światowej. Powierzano mu zawsze najtrudniejsze zadania, wymagające nierzadko sprytu i opanowania. Dzięki temu zaskarbił sobie sympatię samego Ericha Ludendorffa. Do ostatnich miesięcy wojny, mimo widocznej dysproporcji sił, był godnym rywalem dla generałów wojsk sprzymierzonych. Brał udział w najważniejszych bitwach tego konfliktu. Nie będzie zatem przesady w stwierdzeniu, iż na losy I wojny światowej, jak również biorących w niej udział państw, miał wpływ również on sam – słupszczanin.

 

Dominik Witek, Studenckie Koło Naukowe Historyków Akademii Pomorskiej

Udostępnij.