Kompleks mniejszego miasta, czy zachłyśnięcie się tym większym? Jak to jest z naszymi „przeprowadzkami”. Jak, my ludzie północy, dla niektórych z Ghost Town, dla innych z polskiego Las Vegas odbieramy większą przestrzeń? Odwykłam od pisania, więc wybaczcie mi proszę brak spójności, czasem pogubiony wątek, myśli długości choinkowego łańcucha i to wszystko, co w komentarzach przeczytam pod hasłem: „po co znowu zaczęłaś”. Czułam taką potrzebę, a zwykłam słuchać wewnętrznego ja. Trudno, bywają większe tragedie na świecie niż comeback’i, no chyba, że jest to powrót boysbandu, którego męskość  po 20 latach występów na kanapie, ograniczyła się  do piwnego brzucha.

Więc witajcie.

Fot. Agnieszka Ajka Połeć

Fot. Agnieszka Ajka Połeć

Tak się jakoś złożyło, że na początku sierpnia spakowałam manatki i postanowiłam przenieść się na południe naszego pięknego kraju. Czemu nie. Przecież warto ryzykować, żeby czuć, że się żyje, że świat to coś więcej niż kilka nam znanych ścian. Warto choć na chwilę zmienić otoczenie, żeby się oczyścić, doświadczyć czegoś nowego, nabrać dystansu, a czasem zrozumieć, że to tam, skąd się wyjechało jest nasze miejsce.

Wrocław – najpiękniejsze miasto Polski (zaraz po Słupsku oczywiście), dynamiczne, tętniące życiem, z dobrą energią.  Miasto, gdzie na środku Rynku można stanąć, zamknąć oczy  i odetchnąć pełną piersią. Łapać chwile, chłonąć atmosferę, chodzić z rozdziawioną z zachwytu gębą. Miasto, gdzie nawet w środku tygodnia nie znajdzie się miejsca w knajpie, i gdzie na każdym kroku czeka nas efekt wow.

Czego doświadczyłam przez ostatnie pół roku?

Po kolei (to sformułowanie jakoś ostatnio do mnie pasuje)

Rajzefiber

Tego doświadczyłam  na początku, i towarzyszy mi to zjawisko już w mojej dolnośląskiej codzienności stale. Pociąg to pociąg, ma mnie dowieźć ze stacji A do stacji B. Życie nauczyło mnie jednak, że cały alfabet liter, pomiędzy tymi wcześniej wymienionymi, też się przydaje. I mimo, że miasto docelowe od obecnego może dzielić 200 km, to kolej zagwarantuje nam ekstremalną przejażdżkę po Polsce, dość krajoznawczą i niekonieczne w kierunku zamierzonym. Dobry pomysł na ożywianie uczuć patriotycznych, wybierz kolej  – poznasz swój kraj, jak nigdy przedtem. Rajzefiber – słowo klucz, przyklejone od momentu zakupu biletu do momentu kiedy w końcu usadzam swój koci tyłek w przepchanym przedziale. Ile bym nie jeździła zawsze 10 razy sprawdzę bilet, miejscówkę, numer peronu i …trauma z dzieciństwa – CZY OTWIERAJĄ SIĘ DRZWI. Istnieje przecież ryzyko, że się nie otworzą i znajdę się w miejscu, o którym mogłam nawet nie słyszeć, o którym co gorsze nikt wcześniej nie słyszał. Tak, podróż  koleją to przygoda, ekstremum doznań, wyzwanie godne Bear Gryllsa czy małej Dorotki od Oza.  Gorzej jak pan z siekierą nie będzie lekko tępawym drwalem, który szuka serca, a znajdzie niestety nas :/

Jest taka kultowa scena z Dnia Świra w pociągu. Ja taki DŚ mam w 6 na 10 przejazdów. Co świadczy o mojej wyjątkowości, bądź „normalności” podróżniczej codzienności.

Oczywiście wszystkie te traumy nie dotyczą biało-żółtego przewoźnika, który wykracza poza wszelkie możliwe standardy, kształtując te nowe, wręcz idealne.

Kulturalny ekosystem

Im większe miasto, tym kalendarz wydarzeń kulturalnych obszerniejszy i tu może pojawić się mały problem. Bo jak masz jedną premierę  w tygodniu, jeden koncert i jakiś tam wernisaż, to łatwo jest to pogodzić, a w większym mieście, pojawia się coś takiego, jak: WYBÓR. I albo latasz z ozorem na wierzchu jak podczas poświątecznych wyprzedaży, albo część z zaplanowanych EVENTÓW musisz sobie zwyczajnie odpuścić, narażając się na zazdrość po pochlebnych opiniach bywalców, przeczytanych rano w prasie codziennej, i własny żal podecyzyjny. A jest z czego wybierać. Jak można przykładowo przegapić happening kółka różańcowego pod Teatrem Polskim uświetniający premierę „Śmierci i dziewczyny”, bądź średniowieczne rytuały palenia na stosie? Tak, kultura „wyższa” i kultura folkloru naszego polskiego, sportu naszego narodowego – nienawiści –  jest wszędzie, niezależnie od wielkości siedliska. Niekoniecznie do zobaczenia, tym bardziej nie do doświadczenia.

WEGE JADŁO i branża

O Wrocławiu, zanim tu się pojawiłam, przeczytałam tak – jest to miasto obfitujące w kluby branżowe (dla tych, co nie w temacie – kluby LGBTQ) oraz w wege miejscówy. Czyż więc mogłam lepiej trafić?  Po tygodniu można zorientować się gdzie robią najlepsze pod słońcem falafele i zapomnieć o diecie. Gastronomicznie Wrocław jest rajem. Z otwartością niestety jest inaczej. Pozornie jak najbardziej oczywiście, niestety ruchy „oddolne” fanatyków miejskich chcą zepsuć to najpiękniejsze i najbarwniejsze miasto Polski. Jest więc  z czym walczyć, i  o co.

A po miesiącu pobytu można brać  udział w największym prawnoczłowieczym wydarzeniu w tym regionie Polski: w marszu równości. I to od kuchni. Bezcenne doświadczenie.

Przyjaciele

Część wykasowuje twój numer zaraz po tym, jak oznajmiasz, że wyjeżdżasz, część czasem podlajkuje coś lakonicznie na portalu społecznościowym, a część czeka na dworcu na twój przyjazd. Dla tej ostatniej warto jechać te 7 godzin. Poza tym historia twoja jest żywa i dynamiczna,  rozwija się w rodzimym mieście już nawet bez ciebie, niestety nie masz na nią wpływu i najczęściej nie musisz w niej nawet uczestniczyć realnie, gdyż przypomina los bohatera historii spod pióra J.R.R. Tolkiena. Czasem nawet zazdroszczę sobie (tej sobie zmyślonej), bo prowadzi ona o wiele barwniejsze życie od mojego rzeczywistego.

COŚ LOKALNEGO – Choinka naszej martyrologii codziennej

Z rozbawieniem obserwuję nagonkę moich ukochanych słupszczan i nakręcanie się bezsensowne fikcyjnym brakiem choinki na placu, a faktycznym naddatkiem. Tak, święta to czas miłości, wspólnoty, czas dobra, wybaczania i pokoju. Jak widać każdy tylko inaczej te wartości interpretuje. Był już polski krzyż w stolicy, my mamy swoją  choinkę, fanatycy więc mogą spokojnie oddać się swojej ulubionej czynności – walce z mitycznym wrogiem.

Kotka na Szpilkach

Udostępnij.

Komentarze są niedostępne.