fot. K.Tomasik / M.Tomasik

fot. K.Tomasik / M.Tomasik

Gdybym miała sugerować się jedynie nagłówkami z gazet, czy tekstami z portali internetowych (zwłaszcza tych prawicowo-katolickich) prędzej wystraszyłabym się Woodstocku i pewnie darowałabym sobie jakikolwiek na niego wyjazd. Stało się jednak inaczej i kilka dni temu doświadczyłam jednego z tych przeżyć, które pozostają w człowieku na zawsze, kształtując i sprawiając, że świat wydaje się naprawdę zajebistym miejscem.

Zawsze zastanawiałam się nad fenomenem tego akurat festiwalu, o którym znajomi potrafili opowiadać godzinami z ekscytacją w głosie. Pierwsza myśl w głowie to błoto, kurz i obrazki namiotu typu Woodstock ( zobacz tu ). Od kilku jednak dni wiem, że jest to wydarzenie tak wyjątkowe i niepowtarzalne, że będę na nie czekać każdego roku.Tyle tysięcy ludzi, tyle pozytywnej energii, wszechobecna muzyka (ta w środku też) i totalna wolność, jakiej nie doświadczyłam chyba nigdzie. Przez te kilka dni czułam, że jestem częścią czegoś tak niezwykłego, że do tej chwili brakuje mi słów, żeby oddać to w sposób, który choć trochę przybliży atmosferę tego miejsca. To dość banalne, ale Woodstock po prostu trzeba przeżyć. Żaden filmik, zdjęcia nie oddadzą w pełni tej dobrej energii i bliskości z drugim człowiekiem, odpowiedzialności za otaczająca nas rzeczywistość, którą uświadamiają nam w trakcie spotkań, warsztatów czy rozmów mijani ludzie. To doświadczenie pokoleniowe –tym czym był Jarocin w latach 80tych tym jest ten festiwal dla współczesnej młodzieży.

MUZYKA

fot. K.Tomasik / M.Tomasik

fot. K.Tomasik / M.Tomasik

Festiwalowa, woodstockowa scena kojarzyła mi się z ciężkim, mocnym brzmieniem jednak to skrzypce Jelonka sprawiły, że kilkusettysięczna widownia na moment przyklękła. Temu genialnemu muzykowi towarzyszyła Orkiestra Filharmonii Gorzowskiej. Pierwszy raz widziałam ludzi pogujących przy muzyce poważnej. Muzyka jest najpotężniejszą religią, najbardziej sprawiedliwą, najbardziej wolną, najgłębiej dotykającą modlitwą. Brzmi najlepiej w otwartej przestrzeni, bez ścian, bez murów, bez rzędu równiutko ustawionych krzeseł, bez ograniczeń. To był chyba ten koncert z całego festiwalu, który był dla mnie najważniejszy, najbardziej mój, najgłębiej dotykający, wzruszający do łez. Muzykę można odbierać wszystkimi zmysłami, czułam jej zapach w kurzu, który był wybijany roztańczonymi stopami,, oblepiała mnie potem, miała smak piwa, zapach spalonej słońcem skóry, elektryzowała przypadkowymi dotykami, przybijaniem piątki czy popularnym tu przytulaniem mijanych osób. Nie siedziałam w klimatyzowanej filharmonii w eleganckiej sukience, byłam w zakurzonych szortach, przylepionej do ciała koszulce i ubłoconych trampkach, a mimo to, kiedy zamykałam oczy to czułam, że jestem w najlepiej nagłośnionej sali. Przeplatające się instrumenty i muzyka którą wspólnie tworzyły poruszała i sprawiała, że byliśmy ponad podziałami, dobra i wolna, za sprawą Jelonka właśnie.

Cały festiwal zresztą składał się z takich małych cudów, z uniesień i nieprzespanych nocy (bliskość sceny, „aromatyczne” kibelki i imprezowi sąsiedzi uniemożliwiali jakikolwiek odpoczynek). I o dziwo, mi takiej wygodnickiej kotce, nawet przez chwilę to nie przeszkadzało, byłam tak przeładowana energią, że sen to ostatnia rzecz, o której mogłam pomyśleć, szkoda było cokolwiek przegapić, nie doświadczyć.

LUDZIE

fot. K.Tomasik / M.Tomasik

fot. K.Tomasik / M.Tomasik

Woodstock to też (a może przede wszystkim) spotkania z ludźmi, najróżniejszymi, najbarwniejszymi i tymi najbardziej pozytywnie zakręconymi. Bogactwo barw, pomysłowość przebrań, indywidualność wyrażana poprzez własny wygląd, zachwycała i uświadamiała jak barwny i kolorowy jest świat i jak piękni w tej naszej różnorodności potrafimy być. Woodstock jest żywą lekcją tolerancji.

Cały mój pobyt tam składał się z chwil, które dopiero teraz zaczynam układać sobie w głowie, z emocji trudnych do określenia, a tym bardziej do opisania tutaj, chciałabym przekazać w tym tekście energię, klimat pomiędzy uczestnikami, żebyście chociaż spróbowali wyobrazić sobie jak to jest być częścią tego niezwykłego świata, gdzie czuje się jedność z zupełnie obcymi ludźmi, gdzie czujesz, że ten obok wyglądający jak totalny freak to mega pozytywny koleś.

SPOTKANIA

Woodstock to nie tylko muzyka i koncerty, to warsztaty, gdzie można rozwijać swoje zainteresowania, czy zainspirować się czymś zupełnie nowym. To spotkania w ASP (Akademia Sztuk Przepięknych) z ciekawymi osobami z bardzo różnych światów. W tym roku najszerzej komentowano w mediach spotkanie z ks. Lemańskim, który miał odwagę publicznie skrytykować kościelnych hierarchów. Nie uczestniczę w mszach, nie wiem jak wielu młodych ludzi przychodzi do Kościoła, nie odsiadując, ale uczestnicząc aktywnie. Widziałam za to, jak w trakcie spotkania w ASP entuzjastycznie reagowali na postawę, z którą sami gdzieś się pewnie utożsamiają, w końcu ktoś mówił do nich „normalnym” językiem, traktując ich jak partnerów w rozmowie, przedstawiciel KK nie obawiał się ich pytań, spotkanie było dyskusją a nie wykładem z ambony.

Dla mnie jednym ze szczególnym wydarzeniem było spotkanie z Magdaleną Środą, w trakcie którego jeden z uczestników wyraził życzenie, aby kraj, w jakim przyszło mu żyć, dał mu możliwość zalegalizowania związku z partnerem, z którym jest od ponad 7 lat. Trudne tematy, często wzruszające historie, bardzo osobiste, nikt tu nie oceniał, nikt nie komentował wyborów drugiej osoby, tutaj każdy mógł się czuć wolnym człowiekiem. Z prawem do posiadania własnego zdania i do jego wyrażania. Fucking Hyde Park ;)

CHWILE

fot. K.Tomasik / M.Tomasik

fot. K.Tomasik / M.Tomasik

To Coma prawdopodobnie zebrała największą widownię. W trakcie występu Piotr Rogucki wspomniał o dziewczynie, która podeszła do niego po spotkaniu w ASP i opowiedziała o 17-letniej przyjaciółce, fance Comy, która rok temu utopiła się, i której największym marzeniem było usłyszeć ich utwór zaśpiewany specjalnie dla niej. Kiedy Rogucki śpiewając Spadam wzrokiem wskazał niebo, przypuszczam, że byłam tylko jedną z tysięcy osób, które miały łzy w oczach.

Są momenty zapadające w pamięć już na zawsze, jednym z nich będzie z pewnością Manu Chao wybijający rytm serca mikrofonem uderzanym w pierś, energetyczny, rozbujany, porywający do tańca.

HIGIENA

O tej sferze festiwalowego życia krążą już legendy, wyposażona w tony chusteczek nawilżających dla niemowląt i przygotowana na odrobaczanie po powrocie (jak to Kotka). Zostałam jednak mile zaskoczona przez organizatorów, przez samych uczestników również – kolejki pod prysznic były dłuższe od tych po piwo. I tu stereotyp brudasa z Woodstocku nijak się ma do rzeczywistości. Po przełamaniu wstydu i przeliczeniu osób do płatnych (za to intymniejszych) kabin, ok. 150 osoby przestałam liczyć i wybrałam darmowe prysznice. Wybór ten okazał się strzałem w dziesiątkę, nic tak nie budziło po nieprzespanej nocy jak zimny prysznic w towarzystwie zupełnie obcych ludzi. O żadnej intymności nie mogło tu być mowy, taki festiwal rządzi się przecież własnymi prawami.

KLIMAT

Niesamowite jest to, że przy takiej ilości osób z zupełnie różnych światów (media podają liczbę nawet 750 000 widzów! To by oznaczało rekord świata) nie spotkałam się z jakąkolwiek agresją. Z całego tego woodstockowego świata przebijała pozytywna energia i rozkłada się po ludziach w życzliwości, uśmiechach, spontanicznym przytulaniu zupełnie obcych ludzi, bo tam czujesz, że nikt nie jest Ci obcy, że ten drugi człowiek jest pozytywny i dobry, że przez te kilka dni tworzymy wielką festiwalową rodzinę. Przez nasz obóz przewinęły się dziesiątki freaków, przysiadali, opowiadali o sobie, czasem z nami jedli a czasem tylko na chwilę zaakcentowali swoją obecność. Organizacja czegoś tak gigantycznego wręcz, zachwyca, pokojowy patrol był zawsze tam gdzie być powinien, nie inwazyjny, pomocny. Nie wiem jak oni to robili, w takim tłumie, ale zawsze byli „na miejscu”.

Muzyka tam Cię otacza, nie tylko ze sceny, jest w ludziach, w powietrzu, w kurzu i pyle. Naszym sąsiadem był trębacz, który budził hejnałem, na drodze spotykaliśmy bębniarzy, ludzi z gitarami, próby na dużej scenie zaczynały się już o 8 rano, o śnie nie było mowy, ale też dopóki nie wróciłam do domu, nie czułam, że go potrzebuję, byłby stratą czasu, tak dużo doświadczyć, w tak niewiele dni. Owsiak, choć nie każdy go musi lubić i nie jest tu bogiem, stworzył niesamowite miejsce z klimatem, który wciąga i odurza, w wymieszanych dźwiękach, intensywnych kolorach, w odurzającym zapachu roztańczonych ciał, w nas samych. To magik, niezwykły sztukmistrz, geniusz.

PROMOCJA

KTO_3357

fot. K.Tomasik / M.Tomasik

Woodstock ze swoją oddolną samooragnizacją, brakiem policji, czy brakiem tak wszechobecnych na innych festiwalach byczów z ochrony, z brakiem opasek na rękach, trzepania na bramkach (bo nie ma bramek), brakiem macania i grzebania w torbach, no i z uwagi na swoją darmowość (brak biletów, darmowe pole namiotowe, prysznice etc) jest zaprzeczeniem innych, komercyjnych festiwali jak Open Air, gdzie ceny biletów sięgają 500 zł a na płatnym polu namiotowym miejsce dzielą za pomocą linijki co do centymetra, a ceny piwa… no właśnie, na którym innym festiwalu piwo z nalewaka kosztuje 3,5?

Ten festiwal powinien mieć wsparcie rządowych agencji promujących Polskę za granicą – przyjechało na niego ok. 60 000 Niemców + co najmniej kilkanaście tysięcy ludzi z innych krajów. I co zobaczyli? Zupełne zaprzeczenie wszystkich stereotypów o Polakach – zero chamstwa, komerchy, dezorganizacji czy przemocy.

I TERAZ CAŁY ROK CZEKANIA

Woodstock uzależnia i ja to poczułam, wrócę tam z pewnością bo do dobrych miejsc wraca się z tęsknotą i radością. Dziękuję Woodstock!

Kotka na (ubłoconych) Szpilkach

Na koniec film zrealizowany przez Krzysztofa i Mateusza :)

Udostępnij.