Fot. Marcin Barnowski

Fot. Marcin Barnowski

W Ustce odnaleziono tajemniczą księgę pastora Schneidera sprzed 190 lat. Podczas „historycznych czwartków”, odbywających się w każdy ostatni czwartek miesiąca o godz. 18 w Centrum Aktywności Twórczej w Ustce, jeden z mieszkańców Ustki zaprezentował starą księgę, która okazała się dokumentacją nieznanej fundacji dobroczynnej, założonej przez duchownego.

Nie do współczesnych, lecz o wiele bardziej do potomnych adresowane są te wersy. Na dowód, jak wspaniałe dzieła powstawały w naszych czasach za sprawą ducha religii Jezusa Chrystusa” – to pierwsze zdania tego niesamowitego dokumentu, zapisane gęsim piórem na karcie czerpanego papieru.

Księga pastora Schneidera. / Fot. Marcin Barnowski

fot. M.BarnowskiStrona z księgi pastora Schneidera. Fot. Marcin Barnowskifot. M.Barnowski

Kaznodzieja z Ustki i Zimowisk odręcznym, gotyckimi literami opisuje dalej, jak udało mu się stworzyć fundację na rzecz rodzin pozostawionych przez usteckich żeglarzy, którzy zginęli w wypadkach morskich. A stworzył ją tak:

Gdy 5 stycznia 1824 roku u wejścia do portu w Ustce podczas powrotu z połowu łososi wywróciła się łódź rybacka, w wyniku czego czterech mężczyzn zginęło, pozostawiając wdowy i małe dzieci, kaznodzieja skierował dramatyczny apel o pomoc dla nich do czytelników „Berlinische Nachrichten”.

Szczegółowo opisał zdarzenie i ofiary, a artykuł wkleił do księgi. Stąd wiemy, że jeden z żeglarzy wcześniej był niezwykłym szczęściarzem. Dwukrotnie był na wojnie. Walczył między innymi pod Lipskiem w 1813 i pod Waterloo w 1815 roku – i z tych masakr zdołał zdrowo i cało powrócić do Ustki.

Odzew był wielki: z całych Niemiec, nawet z tak odległych miast, jak Akwizgran, popłynęły datki. Anonimowy darczyńca ze Strelitz (dziś Neustrelitz) przysłał aż 50 talarów w złocie. Dlatego kaznodzieja przekonał wdowy, aby część pieniędzy przeznaczyć dla tych, których w przyszłości spotka podobny los. Tak powstała ustecka „Fundacja Strelitzka„, która miała zaopatrywać biedne wdowy i sieroty po usteckich żeglarzach i rybakach. Pewnie z tych pieniędzy pastor opłacił także epitafium, które upamiętnia czterech ustczan i zawiera plastyczne, bardzo ekspresyjne malowidło ukazujące ten dramat na morzu.

Dokumentację kaznodziei uratował przed zniszczeniem ustczanin Leszek Łuszczyński. Jeszcze w młodości, kilkadziesiąt lat temu, wyhandlował ją od dzieci, które znalazły ją na śmietniku. Dziś to prawdopodobnie już jedyny ślad spuścizny po pastorze, który umarł w 1834 roku i został pochowany na przykościelnym cmentarzu w Zimowiskach. Do sprawy fundacji uczestnicy usteckich historycznych czwartków będą jeszcze wracać.

Marcin Barnowski

 

Udostępnij.