fot. Kanał 6

Nieliczni słupszczanie głosowali w Eurowyborach / fot. Kanał 6

Mieszkańcy Słupska nie będą mieli swojego posła w Parlamencie Europejskim. Żaden z kandydatów z regionu nie zdobył potrzebnej liczby głosów. Po raz kolejny okazało się, że region słupski przegrywa politycznie z największymi miastami województwa pomorskiego – Gdańskiem i Gdynią.

Choć Polska jest już w Unii Europejskiej od dziesięciu lat, Słupsk nigdy jeszcze nie miał w Parlamencie Europejskim przedstawiciela, który wywodziłby się z regionu. Reprezentantami Słupska zawsze byli ludzie związani z Trójmiastem. I tak pozostanie nadal, bo w niedzielnych wyborach mandatu europosła nie zdobył żaden słupski kandydat. Stało się tak, choć słupszczanie zapewniają, że lubią głosować na mieszkańców regionu.

Z zamiarem oddania głosu na mieszkańca Słupska, który skutecznie wpłynąłby na zmianę sytuacji w mieście na lepszą, a przy tym reprezentowałby nasz region w Europie, udał się na wybory m.in. słupszczanin Grzegorz Mrowicki. Jak się jednak okazało, liczba głosów oddanych przez mieszkańców i frekwencja wyborcza nie wystarczyły, by miasto miało swojego reprezentanta w Strasburgu. A na to liczył wyborca i pewnie wielu innych aktywnych obywateli Słupska.

Jak to się dzieje, że w wyborach do polskiego parlamentu słupszczanie mogą przeforsować posłów wywodzących się z regionu słupskiego, a w wyborach europejskich ta sztuka się nie udaje? Znaczenie ma tutaj układ okręgów wyborczych, w którym Słupska znajduje się ze znacznie większymi od siebie miastami Gdańskiem i Gdynią, i to głosy mieszkańców tych dwóch ośrodków decydują o rozdaniu mandatów. A gdańszczanie i gdynianie głosują na swoich kandydatów.

Wpływ na takie rozdanie mandatów miała jednak także niewielka frekwencja w Słupsku. Wczoraj lokale wyborcze świeciły pustkami. Do urn poszło jedynie 19,7 procent uprawnionych do głosowania. To mniej niż średnia ogólnopolska. Zdaniem psychologa Władysława Hałasiewicza powodem niepowodzenia jest także słabość słupskich polityków. „Szanse już na samym początku były znikome. Jeżeli liczyliśmy, że ktoś wejdzie, to było to klasyczne liczenie życzeniowe” ‒ podkreślał psycholog. Źródeł tego stanu rzeczy upatruje w silnym rozbiciu partii politycznych. Tak więc słupszczanin miałby szanse dostać się do Parlamentu Europejskiego, gdyby większość, niezależnie od opcji, głosowała na tego jednego. Dodatkowo – w konfrontacji z większymi ośrodkami, jakimi są Gdynia czy Gdańsk, skutecznie przegrywamy statystyką. „Nie trzeba tu już ani polityki, ani socjologii. Dzisiaj nie mamy takiej postaci, która przyciągałaby uwagę” ‒ ocenił Władysław Hałasiewicz.

Najlepszy wynik wśród słupskich kandydatów do Parlamentu Europejskiego osiągnęła posłanka Jolanta Szczypińska z PiS. Zdobyła ona niemal sześć tysięcy głosów mieszkańców Słupska i regionu. To jednak zbyt mało na mandat europosła. Szczypińska nie uważa tego wyniku za porażkę.

Zdaniem przedstawicielki PiS wynik niedzielnych wyborów dla niej samej był dobry. Mimo dość długiej obecności w polityce udało jej się poprawić notowania w niektórych powiatach. Przy tym w sytuacji gdyby więcej osób poszło głosować, była możliwość, aby słupszczanie mieli swojego europosła. „Na przyszłość warto pamiętać, że frekwencja naszego regionu jest bardzo ważna, chociaż w połączeniu z Gdańskiem czy Gdynią ciężko mandat zdobyć. Tam jest jednak większe skupisko ludności, która może głosować i która głosuje” ‒ podkreśliła Jolanta Szczypińska.

Dla niektórych słupskich polityków porażka w eurowyborach nie jest klęską, gdyż mając możliwość prowadzenia kampanii wyborczej i pokazywania się wyborcom, zbierają punkty do przyszłej kariery na szczeblu samorządowym – na przykład w wyborach na fotel prezydenta miasta.

źródło: http://www.kanal6.pl/newsID=10507,stronaID=32,preview=2/#

Udostępnij.