sxc.hu

sxc.hu

Jeszcze do niedawna czułam się winna, kiedy zamiast leżeć krzyżem przed ołtarzem w Wielki Piątek, włączyłam chociaż na chwilę radio z czymś odrobinę radośniejszym niż zbiorowe modły miłośników Ojca Dyrektora. Uczucie to potęgowały tabuny ciotek, sąsiadek, zbiorowej moralności i świętego oburzenia ogółu. W pewnym momencie powiedziałam sobie (i całej reszcie świata) – DOŚĆ TEGO. Żyję w wolnym kraju, podobno świeckim, a mój stosunek do religii, jest … no właśnie jest mój, po prostu.

Za drzwiami mieszkania, we własnej  głowie, w wolnej od „izmów” wszelakich narzuconych, przestrzeni duchowej mogę być spokojnie wyznawcą czegokolwiek, nawet modnego ostatnio pastafarianizmu (to ci od Latającego Potwora  Spaghetti), bo tak chcę, i dlatego, że takie prawo daje mi konstytucja i własna moralność.

I tak zamiast założyć pokutny worek i rozpocząć ścisły post (w sumie w ogóle nie jem mięsa, to może nadrabiam chociaż tym w oczach „świętych w odklęczeniu”) założyłam najbardziej niegrzeczną sukienkę i w towarzystwie geja (boże, piekło już rozgrzane do czerwoności) ruszyłam na lokalny densflor. I o zgrozo, nie byłam jedynym grzesznikiem w tym wypaczonym mieście. I tak albo Słupsk staje się miastem degeneratów o moralności Marilyna Mansona, albo może właśnie wychodzi z wieków średnich i powoli normalnieje. Podobno grzeczne dziewczynki idą do nieba a niegrzeczne tam gdzie chcą. My wybraliśmy drogę „upadku moralnego”.

Tak oto kilka słupskich klubów włączyło się w nurt rozpusty i dało wybór tej części społeczeństwa (w dużej mierze zjeżdżającej emigracji) , dla której święta to często:

  • A)  jedynie czas wolny od pracy, można więc spokojnie odespać
  • B)   przymusowy obiad ze znudzonym wujostwem
  • C)   powód debetu na koncie
  • D)  nadprogramowe i często niepotrzebne mycie okien

Żeby było jasne, jutro z samego rana (jak odeśpię) udekoruję swój koszyczek, pójdę do Kościoła i w niedzielę z radością podzielę się (wegetariańską) święconką z bliskimi. Warto zachować równowagę, cenić tradycję i celebrować wspólne chwilę z ludźmi, na których czasem patrzę ze złością, ale których tak naprawdę kocham. Ten przedziwny i wspaniały twór narzucony przez biologię zwany rodziną. Bez nich przecież nie byłabym tym kim jestem, w ogóle bym nie była. I to oni są dla mnie świętem, tym szczególnym, tą radością z bycia razem. Zresztą wydaje mi się, że Bóg to porządny koleś, któremu nie zależy, żebym w Wielki Piątek biczowała sobie plecy, wystarczy mu, że staram się być dobrym człowiekiem i nie krzywdzę innych. A Jak się mylę, bo w końcu nie ma ludzi nieomylnych (może prócz p. Tadeusza Sznuka) wieczność spędzę w piekle, gdzie sam Lucyfer włączy mi kanał disco-polo na ogromnym LCD.

Eeee tam, zaryzykuję ;)

A tak w świątecznym klimacie na „zajączka” wrzuciłam sobie na tapetę Mickey Rourke’a  z czasów przed boksem i botoksem, ten jego chłopięcy urok sprawi, że schowam pazurki i święta przemruczę w rytmie „Slave to love”.

PS. Zapytany o wielki piątek napotkany kolega odpowiedział : „Wielki piątek? Eee… widziałem większe”

Kotka na Szpilkach

Udostępnij.