pkp-slupsk-01

Od kiedy postawiłam stopy (czy też kocie łapki) w londyńskim metrze moje wymagania, co do zaopiekowania się mną przez osoby odpowiedzialne za transport publiczny wzrosły. Widok rozdziawionej podziwem i szokiem (tak też może wyglądać Europa) polskiej gęby to pewnie stały element dworca Victoria. Tak jak stałym elementem jest natychmiastowe zainteresowanie się naszym zagubieniem, wynikające z przyzwyczajenia do obcokrajowców i czysto ludzkich odruchów. Z początku może trochę nieufnie odnosimy się do tego zainteresowania, ale jeśli znamy w miarę dobrze angielski, dochodzi w końcu do nas, iż nikt nie chce kasy na piwo, tylko pyta jak może nam pomóc.

Poruszanie się po dworcach wszelkiego typu, niezależnie od miasta czy języka w jakim się posługiwałam, od zawsze stanowiło dla mnie pewien problem. Mapki, schematy, tablice informacyjne, wyświetlacze i głos z megafonu zgłębiałam po trochu z lękiem, po trochu z podziwem (nie mam problemu jedynie z metrem w Warszawie – może dlatego, że jest to jedyne metro, którego schemat można umieścić na długopisie).  W tego typu miejscach kolor włosów okazywał się zawsze wyborem właściwymi i przemyślanym, a „blondynizm umysłowy” wychodził ze mnie pełną paletą barw. Wsiadałam do pociągów, które oddalały mnie od celu podróży, a cyfry na biletach odpowiedzialne za klasę nie były warte rozszyfrowania. Robiłam co chciałam, słuchając się jakiegoś wewnętrznego głosu. Wszelkie dyplomy, kursy i zdrowy rozsądek zanikały, kiedy tylko przekraczałam próg dworca.

pkp-slupsk-02

Jak to w marcu z kotami bywa, włączyło się u mnie szwendactwo, któremu z lubością się poddałam. Uwielbiam wszelakie włóczęgostwo, czym popadnie, a że pracuję w budżetówce to wybór środków transportu mam dość ograniczony. Zdana na przypadkowo złapaną okazję i podróż na stopa z potencjalnym psychopatą wybieram najczęściej nie mniej niebezpieczną, lecz wypełnioną obserwacjami fauny podróżnej trasę wyznaczoną przez PKP. W trakcie ostatniego „gay tour’u” miałam okazję przyjrzeć się dworcom w innych miastach, ogólna konstatacja jest taka, że im dalej od Słupka tym bliżej Europy, cywilizacji w ogóle. W ciągu jednego weekendu zachwycił mnie wrocławski dworzec, zaskoczył szczeciński i przeraził ten poznański. Jednak każdy z nich w miarę swoich możliwości strukturalnych i moich umysłowych informował mnie skąd przybywałam i dokąd zmierzam. Twórcy designu słupskiego dworca widocznie mieli problemy z interpretacją dzieła Sienkiewicza i podróżne „quo vadis” od lat ignorują.

I tak wróciwszy do domu po wojażach, postawiwszy w końcu stopę na matczynej ziemi, znalazłam się w Trzecim Świecie, gdzie rządzi absurd a czas biegnie swoim torem. O godzinie 42:85, odprowadzana prośbami o złotówkę i bełkotem w głośnikach, w końcu poczułam się jak w domu. Podczas mojego wyjazdu, nic się nie zmieniło, nie dotarła tu normalność a cywilizacja nie miała nawet chwilowej przesiadki. Nadal stanowimy plac manewrowy dla miłośników survivalu i mocnych wrażeń, a ci co w wyposażeniach telefonu nie mają wifi i GPS, cóż może nadal gdzieś błądzą w korytarzu. Wszędzie dobrze gdzie nas nie ma, do jednych dojedzie pendolino a u nas to już tylko wóz drabiniasty zostaje, zawsze to jednak bliżej ekologii.

P.S. Tyle już napisano o braku informacji, braku wyświetlaczy w holu i na peronach (tam są, ale od 2008 roku nie działają), że banałem będzie punktować kolejny raz PKP. Kiedyś myślałam , że tak jest wszędzie – ale teraz wiem że to nie prawda.

 Kotka na Szpilkach

Udostępnij.