paczki-radio-slupsk-10

Od tygodnia jednym z tematów wiodących w naszej redakcji stały się „MISTRZOSTWA PĄCZKOWE”.

 Wiadomo, faceci uwielbiają zawody wszelkiego typu, współzawodnictwo, zdobywanie laurów, udowadnianie swojej samczej przewagi nad innymi przedstawicielami gatunku. Choć najczęściej miewają problemy z zapamiętywaniem dat, to jednak harmonogramy olimpiad i innych sportowych spędów mają zakodowane na długo przed ogłoszeniem ich przez organizatorów. A my kobiety, tak szczerze, chociaż wściekamy się, że czasem przez tydzień nic innego nie ma w TV, obierki zakwitają w workach, a pies zaczyna uczyć się korzystania z toalety, to skrycie mamy co najmniej dwa powody do celebrowania wszelkich takich długoterminowych męskich inicjatyw. Po pierwsze na tydzień mamy tych naszych facetów z głowy, po drugie spoglądając kątem oka na ekran telewizora, możemy bezkarnie podziwiać wysportowane ciała uczestników prężące się na matach i innych tego typu sprzętach. Już słyszę redakcyjnego kolegę uwagującego mnie: jakie to puste i przyziemne, ale taka jest prawda. Przynajmniej moja prawda ;)

I tak pewnego dnia w naszej redakcji pojawił się temat mistrzostw. Pojawił się w postaci maila z zaproszeniem na Radiowe Mistrzostwa Pączkowe, organizowane rokrocznie przez Radio Koszalin, w Tłusty Czwartek. W tym roku i nam przypadł zaszczyt wystawienia reprezentanta. Dziwne, ale chyba nawet nie byłam brana pod uwagę a przecież mogłam okazać się czarnym koniem tych zawodów. Nawet jak chciałam zaznaczyć swoją obecność przy okazji tych eliminacji, to zostałam złośliwie usadzona tekstem „sucharek”, więc dalej tak sobie siedziałam już cicho i tylko obserwowałam. A działo się trochę: faceci po wytypowaniu przedstawiciela prześcigali się w pomysłach i sposobach na zwycięstwo. Pytania i porady czy jeść małymi kęsami, czy od razu pchać „do gęby” całego pączka, czy popijać, czy też nie, zalały naszą redakcyjną skrzynkę. Im bardziej rosła wola walki, tym bardziej się „zasładzałam” i przybywało mi wyimaginowanych kalorii. Reprezentacja została ustalona na kilka lat do przodu, ja oczywiście znalazłam się na samym końcu. Cóż, czasem ciężko być jedyną kobietą w grupie samców:(

Niestety też nie miałam okazji zobaczyć samych zawodów, ale co nie dowidziałam to dopowiedziałam po swojemu. I według mnie to mogło wyglądać jakoś tak:

Tłusty czwartek – dzień uwielbiany przez maluchy i znienawidzony przez osoby przechodzące właśnie na dietę. Na sali zebrał się już tłum gapiów, rodziny z dziećmi dopingujące swych mężów i ojców, transparenty zagrzewające do walki i setki polukrowanych pączków.

Wchodzą zawodnicy, sumici chciałoby się powiedzieć, ale ze strachu tylko się myśli, a część obserwatorów zaczyna po cichu nucić „Eye of the tiger”. Wchodzą jakby każdy z nich był już zwycięzcą, obcisłe koszulki podkreślają ich „wolę” walki. Podziw wśród kobiet, wieczna chwała, może voucher do jakiejś cukierni. Napięcie rośnie z każda chwilą. I tylko te biedne pączki, truchlejące na talerzach, po cichutku ze strachu spływające swoim lukrem pod stół. Każdy z zawodników mierzy przeciwnika wydając od czasu do czasu odstraszające odgłosy. Zasiadają i czekają na sygnał rozpoczęcia mistrzostw obżarstwa.

START!!!

Spokojni do tej pory mężczyźni zmieniają się w jednej chwili w krwiożercze (czy też lukrożercze) bestie. Ofiary znikają w zatrważającym tempie w paszczach swych oprawców, giną w milczeniu, nikt nie płacze nad ich losem, nie wspomina kim byli, ci co odeszli. Odchodzą, wśród odgłosów mlaskania, jeden po drugim. Nieme ofiary corocznej rzezi. Skrupulatnie liczone jednak przed nagłym wchłonięciem, zapisywane punktami na tablicy. Tylko lukrem zostają na palcach. Kalorii przybywa, a adrenalina i widok pustoszonych talerzy przeciwników motywuje do przekraczania granic własnych organizmów, żołądki wydają się rozciągać w nieskończoność. Wygrywają z biologią, tworzą nową anatomię, nową historię, chciałoby się powiedzieć. Część zawodników po drodze odpada, część próbuje jeszcze dogryźć ostatnie kęsy. Już tylko siła woli każe im sięgać po kolejnego. Nie patrzą na innych, w pełnym skupieniu toczą walkę z samym sobą, a w głowie kołacze się jedna myśl: „kur.. dasz radę”. Żona patrzy, dzieci patrzą, POLSKA patrzy, a jak wrzucą relację do internetu, to i świat zobaczy!

I na końcu widać już tylko jednego, TYTANA, pogromcę , który dobijając poległych oblizuje z szelmowskim uśmiechem palce, bo mógłby jeszcze jednego, ale po co.

Mamy nowego mistrza!!!

Tylko co na to wszystko dietetycy?

Kotka na Szpilkach

 

Udostępnij.